W życiu tak wiele nie przedeptanych jeszcze ścieżek… Na jedną z nich weszłam niespodziewanie dla mnie samej. Pojechałam do Pustników, niewielkiej, ale pięknej wsi. Z Mrągowa to tylko kilkanaście kilometrów – trzeba najpierw dojechać do Sorkwit, a potem skręcić w prawo na Gieląd Stary. Za nim już ta wieś – nie można nie trafić, bo droga sama poprowadzi. Przed wojną wieś nazywała się Pustnick, od pustki lub puszczy – po prostu. Nazwa zatem ocalała w formie prawie niezmienionej, choć pochodzi przecież jeszcze sprzed wojny.

Pustnik był wsią niezwykłą. Po wojnie jego dawni mieszkańcy, zamiast uciekać przed Rosjanami do Niemiec, postanowili, że zostaną tu i koniec. Ukryli się tylko, gdzie kto mógł, u rodziny, znajomych lub w leśnych ziemiankach, przeczekali najgorszy czas i wrócili – jako właściciele swoich domów i gospodarstw. I po wojnie prawie wszyscy mieszkańcy Pustnika to autochtoni. Historycy patrzyli na to zjawisko z podziwem, bo drugiej takiej wsi na byłych Prusach Wschodnich nie było, a mieszkańcy okolicznych wsi mówili często, że Niemcy tam mieszkają. Albo gorzej – Szwaby. A tymczasem – ci autochtoni, którzy żyją do dziś, zapytani, jakiej są narodowości, mówią, że Mazurzy. Używają twardej, zniemiecczonej polszczyzny, bo są dwujęzyczni, a w ich domach panuje surowy i wdzięczny mazurski klimat, dokładność detali, przydatność każdej szufladki i półeczki oraz porządek, o jaki trudno gdzieindziej.

W przedwojennym Pustnicku stał dwór – duży, z przestrzenią, zagospodarowaną na stajnie, rodowy cmentarz czy park. Dziś ocalało tylko kilka zabudowań i grobów. Teraźniejszość obyła się z tym miejscem bardzo boleśnie. Tuż przed wojną mieszkali tu Heitmannowie. Po wojnie przyszli Rosjanie i rodzina musiała opuścić swój dom. Na stosie przed pałacem płonęły meble i pamiątki, których nie dało się zabrać na wóz. Ludzie ze wsi przygarnęli do siebie obrazy, krzesła, porcelanę. Stary Heitmann zakopał część majątku w drewnianej skrzyni w parku, niedaleko cmentarza. Myślał, że wróci. Zabierze, co jego. Nie wrócił. Dziś potomkowie dziedzica mieszkają w Niemczech i… obraz pałacu noszą jedynie pod powieką. W pamięci przodków.

Ludzie z PGR-u wykopali pewnego dnia skrzynię Heitmannów i podzielili zawartość sprawiedliwie między sobą. Bo we dworze powstał PGR – jak w prawie wszystkich na Mazurach. Jeszcze przez kilka lat ludzie mówili, że idą do dworu, ale nazwy tej źle się słuchało. Nie tak mieli mówić. No więc – zaczęli nazywać to miejsce pegeerem. Po prostu. Nazwa ta utkwiła w świadomości mieszkańców, przylgnęła do dworu po dziś dzień, wrosła w niego, jak przytulia czepna czy cmentarny bluszcz...

Do pegeeru chodziło się po mleko, wódkę, produkowaną w tamtejszej gorzelni, do klubu, czytać gazety i kupować lizaki. Rodzice prowadzali dzieci do przedszkola, które mieściło się w dawnym salonie. O przeznaczeniu tego miejsca mówiła jedynie misterna gipsowa sztukateria na suficie, którego centralny punkt zaznaczony był niegdyś kryształowym żyrandolem. Potem żyrandol gdzieś znikł, a na jego miejscu zawisły wszechobecne jarzeniówki, rzucające na twarze niebieskawe cienie. Dzieci wyglądały w ich świetle blado i anemicznie, mimo, iż z apetytem wypijały codziennie tłuste mleko na śniadanie. Do dworu sprowadzały się rodziny, przyjeżdżały ciągnikami i wozami, by pod sufitem znaleźć schronienie dla swoich myśli. Ściany dworu pękały, wilgoć wkradała się w zakamarki, ale jeszcze nie była wszechobecna, bo wnętrze przecież ożywiały ludzkie oddechy. A tylko dom bez ludzi szybko niszczeje. Obok działała gorzelnia, jeszcze przedwojenna, i wciąż dodawała radości mieszkańcom. Potem została zamknięta, PGR-y też i z dawnego dworu odeszli ludzie. Puste ściany odwiedzały tylko cienie z pobliskiego parku, okna traciły stopniowo szyby. Firma, która wykupiła pałac, nie zadbała o jego rekonstrukcję, ocalenie tego, co najważniejsze. Niemy świadek burzliwych czasów pokrywa się dziś szarzyzną teraźniejszości. W piwnicach leżą puszki po coca-coli, a sztukaterie w salonie popstrzone przez muchy. Park zarósł krzewami, po dawnym cmentarzu nie ma prawie śladu.

Jedno jest tylko stałe i niezmienne. Diabelska Góra, o której podnóża leży wieś… Ludzie we wsi powiadają, że z Górą tą związana jest pewna legenda. Kiedyś rolnik poszedł ją zaorać, bo chciał sobie pole powiększyć. I jak orał, to się zwalił prosto do jeziora, nieznana jakaś siła go pociągnęła w odmęty i już nie dało się go uratować. Ludzie, co to ponoć widzieli, mówili potem, że to diabeł jakiś tak sprawił, bo siła nieznana człowieka tego pchała do wody. Niektórzy mówią, że to może nie diabeł, a topich jakiś, ale człowiek tego dziś nie rozstrzygnie. Tak mówią ludzie. Od tamtej pory góra ta nazywa się Diabelską Górą, na pamiątkę zdarzenia i ku przestrodze, że nie wszystko człowiek musi zawłaszczyć dla siebie, że jest tylko częścią wszechświata, a nie jego panem, i że natura też chce mieć miejsce dla siebie samej, a nie tylko dla służby człowiekowi…

Mazurskie wierzenia i przekonania wyjaśniały wtedy ludziom to, czego nie rozumieli. Jak w tej legendzie. Mazurzy, wychowani w surowym klimacie, stawiali czoła życiowym problemom w taki sam sposób, jak ostrym, ciągnącym się od listopada do kwietnia zimom, deszczowej porze na przełomie maja i czerwca czy wiosennym przymrozkom, warzącym kwiaty w sadzie. Z nadzieją obserwowali zachodzące słońce, by w jego poświacie wyczytać nadzieję na ciepły dzień, oddychali z ulgą, gdy częste, ciągnące do jezior burze, odchodziły i nagradzały mieszkańców Pustnicka odświeżającym ozonem w powietrzu. Właśnie tego żywiołu bali się mieszkańcy Mazur najbardziej. Z wodą byli oswojeni, bo była dosłownie wszędzie, wiatry, zrywające czasem czerwone dachówki i łamiące całe połacie mazurskich puszczy – gdy ustawały, również odchodziły w niepamięć. Burze miały jednak w sobie coś z wyroku. Wspominali przekazywane od pokoleń przysłowie, że w czasie burzy należy unikać dębów, a chować się można najwyżej pod bukami i przyjmowali te słowa jak aksjomat, jak wszystko inne, co ludowe i znane od pokoleń. Oczywiste. Nie zadawali pytań, dlaczego buki dają większe bezpieczeństwo i ochronę przed piorunem. Dziś już wiemy, że nie tylko wysokość drzewa, lecz przede wszystkim wyjątkowa zdolność gładkiej bukowej kory do nasiąkania wilgocią, były naukowym wyjaśnieniem tego zjawiska, wywołanego przysłowiem. Namoknięty deszczem buk podczas uderzenia pioruna nie rozpada się na kawałki, jak na przykład dąb, topola czy sosna, które mają korę chropowatą i stawiają elektryczności duży opór. O tym jednak prosty mazurski lud nie wiedział, przekazując mimo to wielką mądrość swoim dzieciom i wnukom.

Ludzie nosili przy sobie złotawe kamyki, niczym amulety, chroniące przed burzą, mówili o nich „piorun” albo „prątek boży”. To piorun, co spadł na ziemię – tłumaczyli tę wiarę w ochronę przed żywiołem. Niektórzy nawet połykali te kamyki, chcąc uchronić się na całe życie.

Bo chcieli żyć w szczęściu i miłości. A tę drugą miały im zapewnić wróżby świętojańskie. Na Mazurach nie szukało się kwiatu paproci, lecz kwiatu ligustru. Białe grona drobnych kwiatków, podobne do miniaturowych kiści bzu, oszałamiały zapachem kobietę i jej wybranka. Ligustr wprawdzie już przekwitł, ale na pewno niejednego przywabił swoim zapachem…
Dla niektórych to zakurzony archaizm, lecz dla mnie wielka porcja wiedzy o tych, którzy mieszkali na tej ziemi przede mną. Kiedy uprawiam ogród, wydaje mi się, że łączę się z tamtymi ludźmi pępowiną przeszłości. Tak jak oni – przynoszę plon mojej ziemi do domu, część mojej historii. W żółtej cukinii, w słodyczy ogródków, w garści kopru widzę nieprzemijalność, ów odwieczny łańcuch natury, wyjaśnianej wierzeniami i wiarą. Moja Diabelska Góra, czyli wyniosłe wzgórze za wsią, patrzy na mnie w taki sam sposób, równie niezdobyta. Ligustr dzielnie wznosi swoje zielone ramiona ku słońcu i zapowiada, że w przyszłym roku będzie miał jeszcze więcej oszałamiających kwiatów. Burze przetaczają się nad moim domem równie groźnie, błyskawicami przecinając świat na dwie połowy. I tylko życie to samo, dojrzałe latem, biegnące w cichym rytmie brzęczących nad facelią pszczół…

Być może w pamięci dawnych właścicieli Pustnika ocalał jeszcze obraz, który był ozdobą salonu. Piękny był - kobieta z wyciągnięta do góry ręką, obok niej drzewko niewysokie. Na obrazie był napisane: „Wonnym ogrodem jest nasz Bóg”. Obraz ten znalazłam u jednego z pustnickich autochtonów. Ocalały z pożogi wojny i historii, jest najważniejszą częścią jego pokoju gościnnego.
I myślę sobie, że świat, mimo, iż pobiegł naprzód, mądrość swoją zachował. Bo właśnie w moim ogrodzie tak naprawdę mojego własnego boga – czyli Wszechświat spotykam…

Z życzeniami powrotów tam, skąd przyszliśmy. Ogrodów…
Katarzyna Enerlich

PS. O pewnej miłości i złowróżbnym ślubie, który zdarzył się w Pustnicku przed wojną, opowiedziałam w mojej powieści „Kwiat Diabelskiej Góry”.



Katarzyna Enerlich

Źródło: www.mragowo24.info