Wspomnienia Jerzego Ciszewskiego (polski sportowiec, dziennikarz, menedżer, były wiceminister sportu) przenoszą nas do czasów, gdy w Mrągowie rodziła się niezwykła społeczność młodych żeglarzy. „Baza Mrągowo” była czymś więcej niż klubem sportowym – stanowiła dom, szkołę życia i miejsce, gdzie hartowały się charaktery. Pod czujnym okiem Józefa Jaszczura-Nowickiego, zwanego przez wszystkich „Dżozefem”, młodzież uczyła się nie tylko żeglarstwa, ale też odpowiedzialności, pracy i wytrwałości.
To właśnie on, twardy, wymagający, ale pełen pasji Litwin, potrafił zdobyć dla swoich podopiecznych najlepszy sprzęt, zorganizować fundusze i stworzyć atmosferę, w której każdy czuł się częścią czegoś wyjątkowego. W czasach, gdy Polska dopiero wchodziła w okres przemian, w Mrągowie powstawała prawdziwa legenda – zbudowana z potu, wysiłku i młodzieńczej energii.
"… ale my byliśmy rozbrykani! Wciąż łobuzujący choć już dorastający; otoczeni opieką i nadzorem; pilnowani byśmy trenowali ile się da i jak najmniej obijali na treningach. Zerkano na nas pilnie, byśmy – przypadkiem – nie skręcili gdzieś na manowce. Oczywiście głównie z tytułu młodzieńczej głupoty. Byliśmy tuż przed maturą. Ja trafiłem do Mrągowa do „Bazy Mrągowo” oraz Szkoły Mistrzostwa Sportowego z domu rodzinnego w Warszawie; świetlne lata temu – chyba w ramach eksperymentu, który sam sobie zafundowałem …który to był rok ? … tego lata na stadionie warszawskiej Gwardii swój koncert dał zespół Boney M – dali skoczny koncert.
…rozpocząłem naukę w trzeciej klasie liceum ogólnokształcącego w Szkole Mistrzostwa Sportowego. (… jak dziś myślę o mojej decyzji, widzę z pełną ostrością, że już wtedy nosiłem w sobie naturalne geny zdobywcy i eksploratora w jednym, ale nie o tym…)
… któregoś dnia, wróciliśmy do Tałt z jakichś regat w Gdańsku. Poszło nam bardzo dobrze. Było późno w nocy (w tamtych czasach jeździliśmy na zawody nysą albo jeszcze częściej żukiem – jadąc z tyłu na pace. Byliśmy bardzo zmęczeni, podróżą oraz kto to dziś pamięta … może i młodzieńczym piwkiem wypitym za sukces)
Późną nocą dojechaliśmy do letniego ośrodka Bazy Mrągowo mieszczącego się w Tałtach. Byliśmy pewni, że dyrektor klubu Józef Jaszczur- Nowicki pogratuluje nam albo coś takiego. … młodość jest: arogancka, bezczelna i głupia …
Józef (choć mówiliśmy na niego – Dżozef) czekał na nas, paląc papierosa (on zawsze, bez względu na porę dnia i nocy, czekał na swoich podopiecznych; zawsze też palił, jeśli dobrze pamiętam – Extra Mocne?) My głupawo prężąc się do postawy na baczność …. zdobyliśmy …. Panie Dyrektorze … EEE …SRE… On nas nie słuchał. Palcem wskazał – Tam są bloczki (takie wielkie betonowe krawężniki) tam piasek ! Macie to przenieść i przewieźć – wskazał odległe miejsce. Klnąc, bardziej niż soczyście – wzięliśmy się do roboty. Z poranionymi łapami dobitą do ziemi sportową i młodzieńczą dumą, skończyliśmy o circa o szóstej nad ranem. Mówiąc, k….wa nie darujemy !
… zresztą „taczka” i „konewka” to była podstawowa waluta jaką rozliczał się z nami Józef Jaszczur-Nowicki. Wszyscy, mieliśmy powyginane grzbiety od tachania w tą i z powrotem materiałów. Baza Mrągowo zawsze potrzebowała rąk do pracy. Jak grzyby po deszczu powstawały: hangary, warsztaty, sale, domy.
… ale, Józef Jaszczur-Nowicki bardzo dbał o nas wszystkich. Dbał o klub i o Szkołę Mistrzostwa Sportowego w żeglarstwie, którą sobie wymyślił. W sumie, nad urokliwym, ale niewielkim jeziorem – Czos. Gdzie wiatr zawsze kręci niemiłosiernie. Podczas żeglowania cały czas trzeba się niemiłosiernie zwijać. Zwrot za zwrotem, gdzie szkwał przenika się ze szkwalikiem; jak się stawiało na pełnym spinakera to ledwie na kilka minut bo zbliżał się już brzeg …ale nie o tym …
… Józef Jaszczur Nowicki był starym Litwinem osiadłym po wojnie w Mrągowie. Człowiek: dumny, wyniosły, bardzo szorstki w codziennym obcowaniu, ale posiadał wielką wewnętrzną siłę – był bardzo przekonany do swojej misji.
Miał niesamowity zmysł organizacyjny. Musiał go mieć ponieważ – tak naprawdę opiekował się wszystkim dziećmi i młodzieżą z Mrągowa i okolic. Dbając, karmiąc, ubierając, organizując wolny czas, wyposażając w sprzęt żeglarski. Tak więc, w istocie, „Baza Mrągowo”, nie była sportowym czy też żeglarskim klubem; była czymś więcej ! Miejscem w którym każdy dzieciak mógł znaleźć swoje miejsce, swoje prawdziwe schronienie i prawdziwych przyjaciół … jakby „przekoszony” nie był – choć oczywiście pod płaszczykiem uprawiania sportu.
Do tego potrzebne byłyoczywiście duże pieniądze … z województwa, z ministerstwa, zewsząd. Dżozef jechał więc do Warszawy z pękiem tłustych wędzonych i pachnących węgorzy w bagażniku. Każda ryba o grubości męskiego, mrągowskiego ramienia. W tym wysokim urzędzie, oczywiście zawsze mu dawali co chciał. Jak rozumiem, wszystkie babki w ministerstwie śliniły się do niego, a facety w randze referenta, chciały dostać na stół piękną rybę – w sam raz pod sto, a może i pięćset gram. Podobno raz się mu rozsypały na schodach i poślizgnęły na boki. Pozbierał zapakował z powrotem w gazetę wsadził pod pachę i poszedł dalej kierując się do mnisterialnego sekretariatu. Jak o nim dziś myślę o Dżozefie, przed oczami mam prawdziwego mocarza!
W tamtych czasach, najlepsze łódki w klasie 470″ na których akurat pływaliśmy miał klub Yacht Klub Stoczni Gdańskiej (była to wtedy bardzo bogata instytucja) Mieli amerykańskie „Vanguardy”. My, chłopcy z Mrągowa, nie byliśmy gorsi. Pływaliśmy na angielskich „Parkerach”; łódek takiej klasy (mam na myśli cenę i jakość) może w całej Polsce było ze sześć; włącznie z kadrą Polski seniorów … ok, może i osiem było. Takie rzeczy za komuny potrafił Dżozef załatwić dla skromnego szkolnego klubu z Mazur. A Wszyscy przecież byliśmy biedni jak myszy kościelne. Lata były coś koło 1989/90. Polska była w przededniu wielkich przemian, a za dwa dolary można było na wypasie przebalować całą noc.
Do „Bazy Mrągowo” cały czas przybywały nowe dzieciaki; coraz więcej klas żeglarskich, trenerów, wyjazdów na regaty; dań do wydania w klubowej stołówce. Trenerów i nauczycieli opiekujących się tym towarzystwem. Pamiętam Józefa bardzo dobrze. Wiem, że zawdzięczam mu bardzo wiele jeśli nie wszystko – tamte czasy naprawdę były ciasne. Gdyby nie Dżozef, który trzymał nas twardym wędzidłem za mordy … ho, ho – nie wiem co by było?
Pamiętam moich trenerów. Pamiętam nasze wspaniałe nauczycielki i nauczycieli, którzy z trudem uczyli nas i przygotowywali do matury. Przecież nigdy nie było nas w szkole, albo zawodach albo zgrupowaniu albo konsultacje albo kadra.
Pamiętam ulice Nadbrzeżną wiodąca wzdłuż jeziora Czos, wprost w bramę klubu. Tam zawsze stał Dżozef ze swoimi wszystkimi psami, które regularnie przygarniał. Palił papierosa i dyrygował: ty dziesięć taczek, a ty krawężniki nosić ! … żeglarski klub Baza Mrągowo zawsze była jednym wielkim placem budowy; z jakiegoś powodu, ja zawsze dostawałem najwięcej materiałów budowlanych do przetargania z jednej strony na drugą.
Józefa Jaszczura-Nowickiego, któremu wtedy w Tałtach zwędziliśmy za karę (wożenie przez pół nocy betonu i piachu) jego ulubioną czapkę z daszkiem – zacementowaliśmy w nowo budowanym murku. Tak aby ten daszek wystawał z cementu w górę, a Dżozef zobaczył to i się wkurzył … Wiem, bez sensu i bezdenna durnota, ale takie wtedy były czasy.
Myśmy nic nie kapowali, a Józef Jaszczur-Nowicki wiedział wszystko; Dżozef niestety już nie żyje.
Hip, Hip Hura!"
