"Pierwszy atak zimy przypadł na noc sylwestrową 1978. Wyszliśmy wieczorem do koleżanki na domowy bal sylwestrowy. Wszyscy ubrani na galowo - fajerek, krawatka, półbuty. Śniegu za dużo nie było, mróz dopiero się zaczynał, a że to parę kilometrów - bo w leśniczówce pod Mrągowem - to za godzinkę byliśmy na miejscu. Taksówek „z buta” nie było - tzn. były, ale niedostępne i organizacyjnie, i kwotowo. Złamanie licznika to 5,50, czyli na naszą licealną kieszeń dużo. Więc nie było, że daleko, że „tata podwieź” itp. Nogami… Taka norma.
No i sylwester się odbył - było wspaniale! Towarzystwo przednie, miejsce cudowne, gospodarze wspaniali, magnetofon grał całą noc.
Ale rano trzeba było wracać. Podjęta próba znalezienia drogi powrotnej pokazała brak drogi. Napadało śniegu po pas… Po 100 metrach brnięcia przez zaspy wróciliśmy i skierowaliśmy się w stronę pobliskich torów kolejowych. I powoli po tych torach, w lakierkach, krok za krokiem, nasypem doszliśmy do miasta. W nocy przejechał pociąg towarowy, więc było widać zarys szlaku. Wiatr nawiewał zaraz z powrotem śnieg, ale przynajmniej kierunek był jasny. Raz po kolana, raz po pas. Zimno - duży mróz i biało. Taka śnieżna pustynia.
Mój Tata - Marian w tym czasie przebywał na zimowisku w Kazimierzu Dolnym. Pracując w mrągowskim DKDiM (czyli obecnym MCK) organizował letnie i zimowe wyjazdy dla uczestników zajęć. Tym razem z dużą grupą pojechał pociągiem właśnie do Kazimierza. To krótki wyjazd, bo od 26 grudnia do 2 stycznia. Przynajmniej tak miało być. No i w drodze powrotnej pociąg utknął w zaspie pod Działdowem. Pasażerowie przerażeni, znikąd informacji - zimno i coraz więcej śniegu. Po wielu godzinach stania udało się przeciągnąć pociąg do Działdowa i tam, na stacji, dzieci spędziły dobę, otrzymując koce i herbatę. Telefony nie działały, więc wyobrażam sobie zmartwienie rodziców!
Druga część moich zimowych przygód przypada na ferie lutowe. Wyjechałem wtedy na zimowisko do Warszawy. Zimowisko harcerskie, organizowane przez naszą mrągowską komendę hufca wspólnie z Komendą Hufca ZHP z Biskupca. I po połowie było nas uczestników z Mrągowa i Biskupca właśnie. Z Biskupca był komendant. Będąc w klasie maturalnej nic nikomu w szkole nie mówiłem, zwłaszcza, że moja wychowawczyni, pani prof. Jędrzejewska, uczyła mnie historii, z której zdawałem maturę. No i czas ferii to był najlepszy czas na przygotowanie do egzaminu. W jej mniemaniu… Myślałem, że się nie wyda. Los chciał inaczej.
Pojechaliśmy - było super! Nocowaliśmy w szkole, dużo miejsca do harcerskiej zabawy. Po mieście zbyt często nie chodziliśmy, bo śnieżyce. Ale świetnie organizowaliśmy się na miejscu. I wszystko byłoby ok, żeby nie powrót… 15 lutego 1979 roku rano zaczęliśmy pakować resztki naszego wyposażenia i nas samych (najstarszych, część młodsza pojechała wcześniej), zapakowaliśmy resztę bagażu obozowego (w tym koce, pod którymi spaliśmy) do Sanosa. Za bardzo się nie śpieszyliśmy, bo kierowca musiał odpocząć - przyjechał po nas po odwiezieniu jakiejś grupy, po wielu godzinach za kierownicą. Tachografów nie było, a że żenił syna, to brał nadgodziny, żeby na wesele zarobić. Wyjechaliśmy koło południa. Był plan, żeby jechać na Gdańsk, potem przez Olsztyn i Biskupiec, bo droga przez Myszyniec nieprzejezdna. Jedziemy. Gdy byliśmy na wysokości „Smyka” - na Alejach Jerozolimskich - huk! Wybuch! Wstrząsnęło autokarem i… stoimy. Po ok. 10 minutach syreny wyją, straż, milicja, pogotowie… I żadnych informacji. Podjechaliśmy parę metrów i koniec. Stoimy i stoimy. W radiu nic nie mówią… Wyjść nie można, bo jak autokar ruszy, to się nie znajdziemy. Śnieg wali jak szalony. Czekamy… Po około 5-6 godzinach metr po metrze jedziemy. Kierują milicjanci i żandarmeria. Po chwili naszym oczom ukazuje się Rotunda. A właściwie jej resztki. Widok straszny. Milicja puszczała samochody lewą stroną, jak najbliżej hotelu Forum. Rotunda (prawie) szczelnie otoczona wozami strażackimi i nyskami milicyjnymi. Trochę jednak było widać. Najbardziej pamiętam fragment Rotundy wbity w ścianę hotelu. I wszędzie szkło… Przejechaliśmy pełni wrażeń. Widzieliśmy pobojowisko, a nie wiadomo skąd i dlaczego. Dopiero wieczorem radio zaczęło podawać pierwsze informacje. Byliśmy w szoku!!! I tacy trochę przybici, zaczęliśmy wyjeżdżać ze Stolicy.
Zrobiło się ciemno. Zaspy zalegają ulice. Miejscami trzeba się przebijać. Powoli przemieszczaliśmy się na północ. Wyjechaliśmy na „siódemkę” (jeden pas ruchu). Niewiele lepiej - samochód za samochodem, prędkość 10 km na godzinę. Co jakiś czas czekamy w korku, coraz częściej i częściej, posuwamy się po 10 metrów, po 5, po parę centymetrów… i stajemy na dobre. Korek po horyzont! Z przodu i z tyłu. Zdarzają się optymiści, którzy próbują wyprzedzania, ale zostają na lewej stronie, bo nie ma już jak wrócić na swój pas (Za dwa dni będzie jechał czołg z lemieszem właśnie lewą stroną i zepchnie wszystkich niecierpliwych do rowu. Tylko zgrzyt będzie słychać). A śnieg sypie i sypie. Końca nie widać. Powoli zasypuje samochody.
Wyjęliśmy z bagażnika wszystkie koce, ciepłe rzeczy, bagaże i czekamy. Po kilku godzinach kierowca wyłącza silnik, żeby uniknąć zaczadzenia. Otulamy się kocami, przytulamy do siebie i czekamy… Całą noc… Zimno. Zjadamy wszystko co mamy, więc robi się głodno. Śnieg sięga do połowy szyb. Jak ktoś wie, jak wygląda Sanos, to wie ile tego śniegu nawaliło. Osobówki przykryte dokumentnie.
Spędzamy tak czas aż do poranka 17 lutego. Największy nasz problem, to potrzeby ludzkie. Autokary nie miały toalet… Najpierw odchodziliśmy kawałek od autokaru i załatwiało to sprawę. Potem tak nawiało, że wydeptaliśmy sobie kawałek miejsca na „małą potrzebę”, ale na większą trzeba było wbijać się w zaspę…
Wieczorem przestał padać śnieg. Rano piękne słońce. Przyszedł do nas przewodnik, kazał się ubrać ciepło. Przyniósł gazety, którymi wypełniliśmy buty i włożyliśmy pod bieliznę. Otuleni kocami poszliśmy za nim. Szliśmy po dachach osobówek. Wystawały tylko gdzieniegdzie elementy aut - np. potknąłem się o „koguty” radiowozu. Szliśmy koło kolumny wojsk radzieckich - ci żołnierze robili akurat mycie w śniegu, do pasa rozebrani, śmiali się z nas, otulonych w koce. Rzucali śnieżkami. Taka radość…
Przewodnik doprowadził nas do szkoły w Wiśniewie. Przywitano nas bigosem i herbatą „z wkładką”. Bigos „z wkładką” to normalna sprawa, ale herbatę ze spirytusem dorośli proponowali nam pierwszy raz w życiu. Przeciw odmrożeniom. Nie było to zbyt smaczne, dziewczyny w ogóle nie chciały spróbować, ale nic się nie zmarnowało. To był przyjemny wieczór…
Stamtąd poszła telefoniczna informacja do Mrągowa i Biskupca, żeby poinformować rodziców, bo do tej pory nic o nas nie wiedzieli.
Z wydarzeń tego dnia pamiętam helikopter, który przywoził zaopatrzenie - po drabince sznurowej schodził lekarz, zrzucano skrzynki z kocami, jedzeniem itp. Do nocowania naszemu obozowi przyznano pokój nauczycielski. Tak mniej więcej 4 na 3 metry. Spaliśmy „na łyżeczkę”, odwracaliśmy się na „trzy, cztery”.
Z tego, co słyszeliśmy - kilkadziesiąt osób w samochodach zmarło przez zaczadzenie (podobno również ci milicjanci z radiowozu, po którego dachu szliśmy), a kilka zamarzło. Okoliczni mieszkańcy proponowali miejsce w fotelu w mieszkaniu. Cenili sobie do 500 zł za godzinę w cieple. Byli też normalni empatyczni ludzie, którzy przyjęli wielu kierowców i pasażerów, nie myśląc o zarobku, ale niektórzy zwęszyli biznes (500 zł to nie było mało. Moja mama zarabiała ok. 3000 zł miesięcznie, a przeliczeniowe pół litra kosztowało 100 zł).
Kolejnego ranka zaczął się ruch. Jeździły kombajny śnieżne, różnego rodzaju pojazdy gąsienicowe i udrożniały „siódemkę”. Koło południa wydrążono tunel (jednokierunkowy) w kierunku Mławy. Wyciągano po kolei samochody, odpalano i wahadłowo puszczano. Podjechał i nasz autokar, wsiedliśmy i przeciągnięto nas do internatu w Mławie. Nakarmiono, ułożono w pokojach i spędziliśmy tam dwie noce. Pierwszą noc spędziliśmy w miarę normalnie - posiedzieliśmy, pogadaliśmy i poszliśmy spać. Cały dzień nic się nie działo, ale wieczorem komendant naszego obozu kazał nam się skomasować w kilku pokojach, żeby broń Boże dziewczyny nie zostały bez męskiej (czyli naszej) opieki, gdyż w internacie zakwaterowano żołnierzy z karnej kompanii z Orzysza. Byli oni wykorzystywani do odśnieżania dróg. Zziębnięci, wykończeni, ale istniała obawa, że zechcą się „rozerwać”, a my mieliśmy im w tym przeszkodzić. Jak się okazało - nie było takiej potrzeby. Poza udostępnieniem miejsca do spania oczywiście - byli to normalni, bardzo zmęczeni chłopcy.
I nadszedł dzień powrotu do domu. Szóstego dnia od wyjazdu. Mama wyściskała, tata uronił łezkę, wychowawczyni opieprzyła, aż w pięty poszło, a wspomnienia zostały.
P.S. Maturę zdałem."
"Zima stulecia 1978/1979" Marek Zborowski-Weychman
Grafikę wygenerowała AI.
